Podaj e-mail aby dodać się do newslettera


Imię i nazwisko (login):Marek Rybotycki

o czym jest mój blog?

Codzienne relacje z głównej areny mistrzostw świata 2010 - Soccer City w Johannesburgu, jak i z wszystkich wydarzeń pozastadionowych, czasem nawet niepiłkarskich ale dotyczących bezpośrednio lub w jakiś inny sposób wolontariusza pracującego w dziale Language Support na sukces całego turnieju. Blog wzbogacony materiałem zdjęciowym, kontakt z autorem mile widziany.

Wolontariusz-prezes pilnie poszukiwany!

Data wpisu: 15-03-2012 13:04:10

 

Do napisania tego artykułu skłoniła mnie napotkana niedawno w Internecie oferta wzięcia udziału w pewnym programie wolontariatu sportowego. Dodatkowo doszły też inne przemyślenia - w najbliższy piątek wybieram się na konferencję naukową do Gdańska, gdzie mówić będę o wolontariacie jako socjologicznym zjawisku związanym ze światem sportu – miałem zatem okazję, by zastanowić się nieco nad znaczeniem i formami wolontariatu sportowego.

                Wspomniane na początku ogłoszenie zostało zamieszczone przez pewien klub piłkarski z Poznania, który organizuje konferencję związaną ze szkoleniem młodzieży. Potrzebny jest do jej organizacji tłumacz, ponieważ jeden z prelegentów będzie ze Szkocji. Jak dotąd brzmi całkiem sensownie, prawda? Dopóki nie doczytamy się, że tłumaczem tym ma być nie kto inny, jak wolontariusz…

                Czytając to ogłoszenie już na początku zadaję sobie pytanie: czy założenie jest takie, że jeśli wolontariusz, to niekoniecznie profesjonalista? Bo takie odnoszę wrażenie podczas tej niecodziennej lektury. Przyjrzyjmy się zatem temu tekstowi nieco bliżej. Zdanie wprowadzające brzmi: potrzebujemy pomocy ze strony wolontariusza/wolontariuszki świetnie znającego angielski. Widzę tutaj już na początku małą sprzeczność: otóż już na pierwszym roku studiów tłumaczeniowych miałem okazję dowiedzieć się, że osoba świetnie znająca dany język niekoniecznie jest świetnym tłumaczem, to są dwie zupełnie odrębne rzeczy. Po drugie, warsztat tłumaczeniowy trzeba najpierw posiąść, później go doszlifować, dopiero po dłuższej praktyce jest się w stanie wykonywać tego rodzaju pracę dobrze. Dlatego prawdą jest: nawet osoba dwujęzyczna, perfekcyjnie władająca obydwoma językami, niekoniecznie musi być dobrym tłumaczem. Ale to takie teoretyczne wprowadzenie.

                Organizacja oferująca tego typu wolontariat przestrzega jednak wolontariusza-śmiałka przed huraoptymizmem: Tłumaczenie na bierząco (sic!)  to trudna sztuka, dlatego od osób które się zgłoszą wymagamy umiejętności szybkiego przekładania tekstu z języka angielskiego na polski oraz konstruowania prostych i zrozumiałych zdań (pisownia oryginalna). No cóż, jeśli takich standardów wymaga się od tłumacza (bo zakładam, że wolontariusza traktujemy w tym wypadku jako pełnoprawnego tłumacza), to nie zdziwi mnie, jeśli w przyszłości Google Translator w połączeniu z syntezatorem mowy zastąpi w ogóle tłumaczenia konferencyjne…

                Ale dość żartów, teraz trochę więcej o pracy tłumacza konferencyjnego (bo tak to się nazywa, mimo, że w cytowanym artykule nazwa ta ani razu się nie pojawia). Że jest stres, już wiemy. Do każdego zlecenia trzeba się, naturalnie, przygotować, zapoznając się z organizacją dla której tłumaczymy, omawianą tematyką i niezbędnym słownictwem (w obu językach). Przydaje się też ogólna wiedza o świecie, bo nigdy nie wiadomo, na jaki temat zejdzie rozmowa. Zdaję sobie sprawę, że mówię to wszystko w dużym uproszczeniu. A wspominany wyżej stres wynika z tego, że zazwyczaj tłumaczy się dla ekspertów, mimo, że samemu nie jest się ekspertem w danej dziedzinie (no, chyba, że się akurat w niej specjalizuje), wszystkiego wiedzieć się przecież nie da. W związku z powyższym, stawki za tłumaczenia ustne są również adekwatne do wysiłku włożonego w pracę i do jej warunków. Standardowo rozlicza się je na bloki 4-godzinne; wartość jednego takiego bloku wynosi 500 zł. Oczywiście, zdarza się też, że zlecenia rozlicza się na godziny, więc podzielmy sobie mniej więcej taki blok na 4 i odpowiednia suma nam wyjdzie.

                Ale dlaczego o tym mówię? Bo niestety, mam wrażenie, i jest to wynikiem dłuższych przemyśleń, że tego typu ogłoszenia to nic innego, jak poszukiwanie taniej siły roboczej. Nie chodzi mi tutaj nawet o ten konkretny przypadek, bo to tylko jeden z wielu. Urząd pewnego miasta zaproponował mi kiedyś tłumaczenie na konferencji, na której mieli być obecni międzynarodowi goście, w roli wolontariusza. Grzecznie odmówiłem. Kiedy indziej napotkałem w Internecie propozycję przetłumaczenia serwisu internetowego związanego z wolontariatem sportowym, oczywiście w ramach wolontariatu. Razem jest to 27 stron A4, ale nie ciągłego tekstu! dużo jest punktorów i wykresów (pisownia oryginalna). Od razu napisałem: nie znam takich kategorii, jak „ dużo punktorów i wykresów”: w wypadku takim należy policzyć ilość znaków (ze spacjami) a całość podzielić przez 1800 (standardowa ilość znaków na stronie A4) – wtedy otrzymamy ilość stron. A stawka za stronę – różnie, ale 30-40 zł powinna raczej wynieść, w zależności od specjalizacji tekstu. I znowu pojawia mi się pytanie: czy jest możliwe, że tego typu organizacja (a jest to duża organizacja, aby rozwiać wszelkie wątpliwości powiem tylko, że nie jest związana z wolontariatem UEFY na EURO 2012) nie jest w stanie zatrudnić tłumacza do wykonania tego typu pracy, lecz musi wysługiwać się wolontariuszami? Szczęście w nieszczęściu, że zdaje ona sobie sama sprawę, że ten wolontariat jest nieco dziwny: Jest to wolontariat trochę nietypowy, ale jaka renoma (…) i jakie referencje potem:) a co najważniejsze - satysfakcja z wykonania ważnego zadania:).

                Ktoś mógłby w tym momencie zapytać: ale o co właściwie mu chodzi?! Już odpowiadam: o psucie rynku między innymi. Owszem, zdarzają się „tłumacze”, tłumaczący  „18 zł/strona – każdy rodzaj tekstu”. Każdy orze jak może, ale wolontariat tłumaczeniowy, to już lekka przesada. Bo jeśli wolontariusz-tłumacz, to czemu nie wolontariusz-lekarz, prawnik, a nawet prezes? Przecież czy można bardziej poświęcić się danej organizacji, niż, w razie posiadania oczywiście niezbędnych kwalifikacji (które w tym wypadku, jak w przypadku omawianych ogłoszeń dotyczących wolontariuszy-tłumaczy, nie musiałyby pewnie być zbyt wysokie), zostać jej prezesem-wolontariuszem? Jaka radość, a jakie referencje potem! I pewnie znajdzie się też niejedno ważne zadanie do wykonania…

                Moja koleżanka tłumaczyła kiedyś na zasadzie wolontariatu dla pewnej organizacji pomagającej dzieciom chorym na białaczkę. Jak najbardziej popieram takie inicjatywy, nie o nich tutaj mowa.  Ale jest chyba różnica pomiędzy ratowaniem ludzkiego życia, a pomocą klubowi piłkarskiemu w zorganizowaniu konferencji, jakkolwiek szczytny jej cel by nie był? Owszem, szkolenie młodzieży jest niezwykle ważne, ale jest ono raczej obowiązkiem każdej profesjonalnej organizacji sportowej, a nie jakimś wielce wzniosłym celem. Niestety, nie potrafię nie odnieść tutaj wrażenia (choć może się mylę), że chodzi o zwykłe cięcia kosztów. Wiem, że wśród wolontariuszy angażujących się w różnego rodzaju inicjatywy jest wielu studentów kierunków językowych. To do nich  chciałem właśnie zaapelować, zwłaszcza do tych niższych roczników: zdaje sobie sprawę, że ważne jest nabywanie doświadczenia, chcielibyście zdobyć referencje, które zapewnią Wam dobre wejście na rynek pracy, a tego typu „tłumaczenia” mogą wydawać się szansą. Ale takie inicjatywy, jak wolontariat tłumaczeniowy (w organizacjach sportowych) przyczyniają się raczej jedynie do psucia rynku i jeszcze większej marginalizacji zawodu tłumacza, co z pewnością nie pomoże Wam za parę lat. Apeluję o rozsądek.

                Wolontariat sportowy jest bardzo dobrym, bardzo pozytywnym zjawiskiem, które warte jest promowania. Zresztą mówiłem o tym niejednokrotnie w kontekście większych turniejów piłkarskich, w których brałem udział. Niepokoją mnie jednak pewne tendencje, o których nieraz słyszałem, zmierzające, zwłaszcza w tych mniejszych organizacjach, do wysługiwania się wolontariuszami i za ich pomocą do cięcia kosztów. Pewna znajoma zajmująca się na co dzień organizacją wolontariatu sportowego pisze czasem na swoim Facebooku: ”Potrzeba dwóch wolontariuszy na jutro!” Zawsze mam ochotę wtedy dopisać: „i trzech par grabek do grabienia liści”. Skoro ogłoszenia nie zawierają nawet informacji o świadczeniach dla wolontariuszy albo o tym, jakiego rodzaju pracę mieliby oni wykonywać, to jaki jest sens zatrudniania wolontariusza „przynieś, podaj, pozamiataj”? Takie akcje psują potem wrażenie całości i wielu ludzi jest mylnie przekonanych, że wolontariat sportowy to praca za frajer.

                Nie chciałbym tutaj zostać źle zrozumiany. Powtórzę jeszcze raz: wolontariat sportowy jest bardzo pozytywnym zjawiskiem, które otwiera przed ludźmi w różnym wieku nowe możliwości i stwarza im szanse rozwoju. Dlatego też wymaga ono promocji. Wszelkie przypadki nadużyć czy próby wykorzystywania wolontariuszy jako taniej siły roboczej powinny zatem być naświetlane i napiętnowane, gdyż w innym wypadku negatywnie rzutować będą na postrzeganie tego zjawiska przez innych ludzi. I dojdzie do takich paradoksów, jak to ogłoszenie, na które natknąłem się kiedyś w Internecie: „poszukujemy wolontariuszy do pracy w pralni”. Any volunteers?

maciej - 07-10-2012 22:27:31

Przeczytałem ten wpis z zainteresowaniem. Dopiero zaczynam drążyć temat wolontariatu ale wiele wątpliwości nasuwa się na samym początku. Tym tekstem świetnie się Pan naświetlił coraz częstszą praktykę wykorzystania wolontariuszy ponad ogólnie przyjętą miarę. Ale równie często spotykamy się również z sytuacją odwrotną - gdy wolontariusz żąda wynagradzania za wszelkie swoje prace (nawet te dla wolontariatu typowe). I tego w artykule mi zabrakło. Dziękuję za ten tekst.

Wesołych Świąt!

Data wpisu: 24-12-2011 12:12:52

 

 

Wszystkim Wolontariuszom, Organizacjom, Osobom związanym z wolontariatem sportowym, jak i również tym, którzy uważają, że to "praca za frajer", życzę zdrowych, radosnych i pogodnych Świąt Bożego Narodzenia, spędzonych wśród najbliższych oraz wielu pomyślności w Nowym Roku 2012, który z wielu względów będzie dla nas rokiem szczególnym...

Ze sportowym pozdrowieniem,

 

Marek Rybotycki

 

P.S. Nie zapominajcie, że w drugi dzień Świąt gra już Premier League;)

Funkcjonalności ułatwiające korzystanie z systemu zarządzania wolontariuszami (SVRM) przez osoby słabowidzące zostały zrealizowane w ramach programu Obywatele dla Demokracji, finansowanego z Funduszy EOG.